poniedziałek, 19 października 2015

Dziwi.

Dziwi.
A nie powinno.

Są takie dni w życiu kobiety... D N I.
Produktywność bliska zeru. Chęci ogrom, koncentracji brak.
Przypominam sobie słowa profesora, który na jednym z wykładów wygłosił tezę, iż według jego osobistego, opartego na wieloletniej pracy lekarza i profesora akademickiego doświadczenia, żadna kobieta nie powinna wtedy zdawać żadnych egzaminów. Fizjologia, ot co!
Fizjologia, która nie pozwala na tak produktywny wysiłek umysłowy jak podczas innych dni w miesiącu. Fizyczny również - to już z mojego nielekarskiego i nieakademickiego doświadczenia.

Wczoraj.
Połączenie wysiłku fizycznego, z umysłowym. Niedzielne odstresowanie, wieczorne zajęcia salsy. Trzecie zajęcia, ciało jeszcze nie poznało kroków, nie zapamiętało, nie potrafi.
Dziś? Nie chce się uczyć. Naśladuje nauczyciela z dwusekundowym opóźnieniem, co sprawia, że wyglądam jakbym miała jakieś zaburzenia neurologiczne. Tępy wzrok.
Koniec. Tramwaj uciekł, inny za 5 minut. Przesiadka, następny za 10 minut. Godzina 22:25, marzy mi się kąpiel, książka, łóżko i ciepła herbata, czyli standardowy zestaw startowy na jesienne wieczory. Sprawdziłby się idealnie, bo mimo że wieczór piękny, to czekanie na przystanku nie jest atrakcyjną opcją spędzania czasu. Nie wtedy, gdy ból sprawia, że masz ochotę położyć się gdziekolwiek. Nawet na środku chodnika. Nie wtedy, gdy wiesz, że rano masz wielogodzinne zajęcia, na które powinno się przyjść wypoczętym i gotowym do pracy.
Szarpie. Pani w średnim wieku bezradnymi pięściami bije w automat, który zamiast wydać jej bilet, bezczelnie zżarł pieniążek. Nic nie wypluł. Może jest tak samo głodny jak ja?
Małe nożyczki do paznokci, które właśnie wyjęła z kosmetyczki stają się narzędziem, mającym pomóc jej wyciągnąć monetę, ale nic z tego.
Podeszła. Dzwony, śmieszne buty, ciepła czapka, szczupła twarz...
- Nie wydało pani biletu?
...cienki głos. W odpowiedzi cisza. Słychać tylko brzęczenie stukających o otwór nożyczek.
- Może pani zadzwonić do MPK, oni zawsze oddają za bilet w takiej sytuacji. Trzeba zgłosić, pieniądze bez problemu są zwracane na konto.
- Ale ja muszę wyciągnąć te pieniądze.
- A jakiego biletu pani potrzebuje?
- Ja muszę wyciągnąć monetę. To było pięć złotych, będzie mi teraz brakowało do biletu na pociąg. Zwrot na konto mnie nie urządza.
Podaje kobiecie 20 zł.
- Proszę.
Kobieta popatrzyła na nią z zaskoczeniem.
- Nie mogę. Musiałabym oddać, a nie wiem, kiedy będę we Wrocławiu.
- Po prostu proszę wziąć.
Kobieta bez kontynuowania dyskusji wzięła banknot i pomaszerowała w stronę dworca, rzucając niedbałe, ale serdeczne "dziękuję".

Nie można było oderwać wzroku. Nie pierwszy raz widzę taką sytuację, sama też czasami staram się komuś pomóc. Jednak sposób, w jaki to zrobiła, ta lekkość, naturalność, jakby oczywistość postępowania, wprawiła mnie w osłupienie.
Sama nie rozumiem czemu, nie potrafiłam tej, całkiem codziennej, sytuacji wyrzucić z głowy.
Tak wiele można się nauczyć w zaledwie kilka sekund.


Nie wyjątkowość. Codzienność.
Taka.
Niech nie dziwi.
Niech jest. 

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Jutro.

Raz w tygodniu! Chociaż raz! - Męczę się z myślami jak schizofrenik w zaawansowanym stadium choroby. W mojej głowie kłócą się dwa głosy. Jeden zwykle oskarżający, niczym okrutny sędzia, próbujący wytknąć wszystkie życiowe potknięcia, każdą, najmniejszą nawet wadę, drugi usprawiedliwiający, na wszystko mający wytłumaczenie, pobłażający dla każdego przejawu lenistwa.
Miałaś pisać! Tak ciężko napisać jeden post w tygodniu?!
Ciężko. Z moim słomianym zapałem nawet bardzo ciężko. Ktoś, bardzo ważny dla mnie w danym momencie,  zapytał mnie jaka jest moja największa wada. - Szybko się zniechęcam - odpowiedziałam po minucie milczenia.
Postanowienia pokroju tych noworocznych są w moim przypadku spisywane znacznie częściej niż raz w roku. Raz w miesiącu, raz w tygodniu. Nie, nie z pierwszym dniem miesiąca. Nie przy przełomowych wydarzeniach. Za każdym razem kiedy przyglądam się swojemu codziennemu życiu i myślę, że znowu nie trzymam się tego, co postanowiłam w poprzednim miesiącu. Tygodniu. Czasami nie wytrzymuję nawet jednego dnia z nowym postanowieniem. Wzdycham wtedy do siebie myśląc "sama do siebie nie mam już cierpliwości".
Dziesiąty dzień sierpnia. Ani to początek miesiąca, ani kolejna połowa roku. W sumie to jednak poniedziałek, a jak wiadomo zmiany od poniedziałku są najpowszechniejsze. Dobry dzień na spisanie kolejny raz celów na ten miesiąc i zaznaczenie zieloną kropką tych zrealizowanych. Tusz w zielonym zakreślaczu będzie mi służył znacznie dłużej, niż ten w czerwonym. To tych kropek jest więcej. Niestety. U mnie postanowienia zwykle dotyczą wieczora. "Wieczorem to zrobię". Wieczorem zaś zasypiam, jak śpiąca królewna, wtulam nos w poduszkę z myślą "wiem, wiem, miałam ...  zrobić, ale wcześniej pójdę spać, a jutro wstanę z samego rana i...".

Siedzę przy otwartym zeszycie. Punkt jedenasty: jeden wpis na bloga w tygodniu. Data ostatniego wpisu 9 czerwca. Brawo! Dwa niedokończone posty czekają na przypływ natchnienia.
Nowe postanowienie: dwa wpisy w tygodniu. Podnoszę poprzeczkę, mimo że ta będąca niższym wyzwaniem spadła na mnie w wielkim hukiem. Nawet jej nie musnęłam. Nawet nie byłam blisko, by ją przeskoczyć. Metry, nie milimetry dzieliły mnie od tego, by ją pokonać. Nie dałam rady - myślę. Ale jak podniosę ją wyżej, to może się uda! Nie to, że niżej - potrenuję, podniosę wyżej. Odwrotnie. Bardzo charakterystyczne dla mnie, bardzo nieodpowiedzialne i... no dobra, bardzo głupie, nie da się ukryć. 
Więc... jeden wpis związany z moim życiem szpitalnym. Nowych historii brak, ze względu na wakacje. W myślach kilka dobrych do opisania wspomnień, których obraz coraz bardziej się zaciera, czas rozmywa istotne szczegóły, dodaje nieistniejące. Ostatni moment, by opisać je takimi, jakimi były. Jeden, taki po prostu. Pisz co chcesz. To w końcu twój kawałek sieci. Wtorek. Sobota. Cześć. 

wtorek, 9 czerwca 2015

Dopóki się da

- Zabierzesz pacjentkę z USG. Weź stamtąd wózek, a dokumenty ktoś przez pomyłkę zaniósł na geriatrię.
- Idę z tobą - mówi Kaśka, chcąc dotrzymać mi towarzystwa i tym samym uniknąć zaciągnięcia do jakiejś cięższej pracy na oddziale - przejdziemy się.
Bierzemy wózek, przemierzamy krótki korytarz, oddzielający nas od sąsiedniego oddziału geriatrii, skręcamy w następną "alejkę" i po chwili czekamy pod drzwiami, będącymi naszym celem. Pacjentki nie ma. Nikt nie przyznaje się do wymawianego przez nas nazwiska.
- Poczekaj chwilę, ja skoczę na geriatrię po dokumenty - rzucam do koleżanki.
Po chwili z historią choroby pod pachą wracam pod gabinet. Rozmawiamy o zbliżającym się egzaminie i upragnionym końcu praktyk na internie. Praca na tym oddziale nie jest szczytem naszych marzeń, zdecydowanie.
Drzwi się otwierają.
- Pani Adamiec?! (nazwisko zmienione) - głośny ton Kaśki nie zwrócił uwagi badanej, przeszła obojętnie nie odwracając wzroku nawet na moment. W sumie... też bym się nie obróciła, gdyby ktoś wołał za mną nie moim nazwiskiem. Jedno było pewne - to nie była szukana pacjentka. Popatrzyłyśmy na siebie zaskoczone.
Z historią choroby wchodzę do dyżurki. Pusto. Dalej do socjalnego. Szukam pielęgniarki, która powierzyła mi to zadanie.
- Miałam odebrać pacjentkę z USG i zabrać dokumenty, tak? Historie mam, a...
- Zawieźć pacjentkę na badanie. Jest na sali.
Głęboko westchnęłam. Tak to jest, czasem lepiej zadać 10 pytań, niż dołożyć sobie pracy.
Wchodzę do sali, sprawdzam kartę gorączkową. Adamiec. Nazwisko się zgadza, ale łóżko puste.
- Gdzie sąsiadka? - pytam leżącej na sali pacjentki
- Poszła na USG
- Jak poszła? Kiedy poszła?!
- To znaczy zabrali ją, ale to już dawno. Nie zjadła śniadania, może tam zemdlała albo co.
- Czyli nie było jej tu od rana?
- Nie, od rana jej nie widziałam.
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Zrezygnowana wpadam do dyżurki:
- Zaginęła! - rzucam - nie mam pojęcia gdzie jest pacjentka, zabrali ją na badanie, historie mam, włożę ją tutaj, żeby nikt nie szukał i...
Pielęgniarka zlecająca mi to zadanie, lekko zniecierpliwiona trzyma słuchawkę przy uchu.
- Okej, pewnie noszowy ją zabr... - odpowiada, urywając - EKG na alergologię A poproszę, szybko!
Odkłada słuchawkę.
- Odłóż ją tam, teraz mamy zatrzymanie.
Wychodzę na korytarz, Kaśka odstawia wózek i spotykamy się pod "tą" salą.
- Kurcze, a rano jeszcze normalnie rozmawiała. Nie wiem, czy mamy tam wchodzić, tam jest już tyle ludzi...
Ja jednak wchodzę, ona z resztą też. Wózek reanimacyjny, trzy lekarki, cztery pielęgniarki, trzy studentki, jedna wykonuje masaż,  druga uciska Ambu.
- Dobra, podajemy adrenalinę. Dwie ampułki, jedna po drugiej - zarządza pani doktor.
Wszystko dzieje się szybko a jednocześnie wydaje się trwać w nieskończoność.
Następna adrenalina. I jeszcze jedna.
- Ile już mamy? Pięć? Jeszcze jedna.
Levonor "idzie" w pompie.
- Zwiększ przepływ do dziesięciu na godzinę.
Kolejno jedna po drugiej przejmuje masaż serca.
- Uważaj, bo żebra strzeliły, czułam wyraźnie - mówi zmieniana.
- Atropina.
Co chwilę zlecane jest przerwanie masowania w celu sprawdzenia akcji własnej serca.
- Nie no, 35 ale te skurcze już są hemodynamicznie nieefektywne.
- Czujesz tętno na szyjnej? Bo ja na udowej nie.
Przychodzi "zespół ratowniczy" w osobie jednej (!) pielęgniarki anastezjologicznej z małą walizeczką. Jest pani od EKG, podłącza elektrody.
Papier milimetrowy wysuwa się rysując krzywą z wyraźnie spłaszczonymi załamkami.
- Czynność elektryczna jakaś jest, ale przecież hemodynamicznie to ona...
Pani doktor dzwoni z konsultacją. Waha się, co dalej.
Przejmuję masaż serca. Pierwszy raz w życiu na żywym pacjencie. Żywym...
- Ona już w zasadzie nie żyje - słyszę, spoglądam na monitor - Parę minut.
Akcja trwa.
- Zwiększ pompę do dwudziestu. Jeszcze raz atropinę. Czekaj!
- Nie no, ona nie podejmuje w ogóle samodzielnie akcji serca.
Zmienia mnie koleżanka. Po paru minutach pani od EKG wysuwa arkusz papieru milimetrowego z prostą linią. Pokazuje ją lekarce.
- Dobra, koniec. Dziękuję za współpracę. Które jest godzina? 11:27? Zapisz, że zgon nastąpił o 11:30. Brak podejmowania akcji serca, 40 minut masażu...
Wyciągamy wkłucia, rurkę intubacyjną, odłączamy pompę, tlen...

W dyżurce.
- Masakra, czuje wszystkie mięśnie brzucha - mówi Kamila
- To jak ty robiłaś ten masaż? Brzuchem? Będziesz miała zakwasy - śmieję się.
- Zaraz wam coś powiem, tylko... - mówi Kaśka, zerkając na przechodzącą pielęgniarkę, dając nam do zrozumienia, że to "nowina" do przekazania na osobności.
- Jak przyszłam tutaj do dyżurki w czasie reanimacji, to ta jedna wiecie, ta taka wygadana, mówiła, że to wszystko to było tylko tak na pokaz. Były trochę złe, że to aż tyle trwało, bo zwykle taką akcję kończy się dużo szybciej...

Ile ratuje się człowieka? Ile się da. Albo dopóki się nie da. Dopóki nic już nie da się zrobić...

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Czasami jest ciężko...

- Proszę Pani! Źle tu karmią, opryskliwi oni jacyś wszyscy, ani się taki nie uśmiechnie do człowieka, nie zagada jakoś po ludzku, wejdzie to to taki poogląda, postuka, przyłoży ten zimny stetoskop i idzie dalej.
Praktyka wakacyjna. Podając dożylnie antybiotyk słucham rozżalonego głosu pacjentki.
- A w ogóle to te leki co to mi tu przepisują, że niby przeciwbólowe to w ogóle nie działają. Ło! Proszę spojrzeć. Następna kroplówka się skończyła a mnie jak bolało, tak boli nadal. Nie mogłabym dostać czegoś innego?
- Zrobię co w mojej mocy, zacznę od zgłoszenia, że pani... - tu spojrzałam na tabliczkę, na której widniało imię i nazwisko pacjentki.
Zawróciłam, spojrzałam jeszcze raz. Nietubyć. Nietubyć. Przyglądam się dokładniej. Nie-tu-być. No jak byk, jest tak napisane. Och, ona z pewnością chciałaby być teraz gdzie indziej. Byle nie tu.

Ten sam oddział, dwa dni później
-Pójdziesz z nami na RTG? - sanitariusz prosi o wsparcie.
-  Zawiedziemy pana Ciężkiego.
Nazwisko, jak nazwisko. Na pewno bardziej pospolite niż wspominanej wyżej pacjentki.
Wchodzimy do sali... Zamarłam na ułamek sekundy. Zalała mnie fala współczucia, gdy zobaczyłam jak ciężki jest tak naprawdę nasz pacjent. Złamany bark jest przyczyną jego cierpienia, a ogromna nadwaga uniemożliwia zajęcie dogodnej pozycji, wzmagając spowodowany ciężarem ból pleców.
Tak sobie pomyślałam... Czy to nazwisko spowodowało doprowadzenie do stanu, w którym otyłość stanowi już poważne zagrożenie dla życia? Coś jak siła sugestii...
Ciało drży. Ucisk na tkanki jest bardzo duży, a my? Niewiele możemy zrobić.

Wjeżdżamy do pracowni RTG.
- Jak się nazywa pacjent?
- Ciężki.
- Oooo... - młoda pracownica spogląda na przywiezionego przez nas pacjenta, po czym uśmiecha się porozumiewawczo.
Przygotowujemy pacjenta do badania, po czym wszyscy wchodzimy do chroniącego nas przed działaniem promieniowania pomieszczenia.
- Czasami trafiają się takie kwiatki, które zapadają w pamięć - kontynuuje dziewczyna. - Nigdy nie zapomnę, jak przywieźli mi z SORu  dwóch pacjentów. Mogłabym się zakładać, że zrobili to specjalnie, żeby było weselej. Jeden miał na nazwisko Zakąska, drugi Wódka. A ja biedna, nie miałam pojęcia co zrobić. Bo czy powinnam przyjąć Zakąskę po Wódce, czy na odwrót?!

poniedziałek, 4 maja 2015

Głuche kaczki

Język migowy. Wykład, godzina dziewiętnasta. Po całym dniu zajęć ciężko skupić uwagę na dłużej, a tu jeszcze godzina do zakończenia uczelnianego dnia. Tym razem nie migam nowych znaków, słucham o kulturze głuchych. I mimo, że wykład niezwykle ciekawy, moje myśli co chwilę gdzieś uciekają...
- Co to jest, głuche i ma osiem macek? (...)
- Nie wiadomo, ale super by migało!
 Ocknęłam się. Doprawdy, przezabawne. Akurat czytany jest artykuł o poczuciu humoru głuchych, który nas, pełnosprawnych, może kompletnie nie przekonywać.
- W stawie pływa osiem kaczek - słyszę dalej. Nagle ktoś strzelił z wiatrówki. Sześć z nich, słysząc hałas odleciało. Co z pozostałymi dwoma?
- Nie odleciały, bo były głuche.

Humor na poziomie "przyszła baba do lekarza", to fakt. Ja jednak wybucham śmiechem, na zaskoczoną minę koleżanki siedzącej obok, przypominam o pewnej sytuacji, którą przypomniał mi ten dowcip.

Zakład opiekuńczo leczniczy, maj 2014, pierwsze zajęcia praktyczne, pierwszy dłuższy kontakt z pacjentem. Piękna pogoda, majowe słońce, w sam raz na relaks na świeżym powietrzu. Podopieczni zakładu w eleganckich, żółtych czapeczkach z daszkiem słuchają czytanej przez jedną z pracownic książki. Siedzimy z boku, na huśtawce, pośród kwitnących róż, kołysząc się, rozmawiając i obserwując pacjentów. Powątpiewam, czy wszyscy słyszą, o czym jest lektura, niezbyt donośny głos lektorki rozpływa się w powietrzu. Dość wysokie murki, ograniczające roślinne skalniaki wymuszają usytuowanie wózków pacjentów w kilku rzędach. Kto pierwszy, ten lepszy. Kto pierwszy przyjechał, ten siedział najbliżej i mógł najwięcej usłyszeć. A może to nie o to chodzi? W końcu, nawet Ci z ostatnich rzędów śmiali się razem z tymi z pierwszych, gdy jakiś fragment ich rozbawił. Wtedy śmiech szedł falowo - od pierwszych rzędów, do ostatnich. Wydaje mi się że tak też rozkładał się poziom zrozumienia przyczyny radości - malejąco. Ale najważniejsze było, że można tą radość dzielić z innymi.
W którymś momencie, na słonecznym niebie pojawia się burzowa chmura, niczym wystrzał z broni palnej, niewątpliwie większego kalibru niż wspominana wcześniej wiatrówka, rozlega się głośny huk pioruna. Bardzo głośny. Zapowiada się, że zaraz lunie deszcz.
- Erna! - Rozlega się skrzeczący głos pani Heleny.
Pani Helena, 92 lata. Charakter dyktatorki. Trzeźwość umysłu jak na ten wiek godna podziwu. Do tej pory pamiętam zażarte dyskusje, prowadzone przez panią Helenę na korytarzu ZOLu. To znaczy, zażarte dyskusje, jeżeli tylko pojawiła się na horyzoncie osoba zdolna do ich prowadzenia, co w przypadku takiej towarzyszki jak pani Helena było nie lada sztuką. Najczęściej były to jednak głośno i dosadnie wyrażane monologi, dotyczące przeróżnych dziedzin, najczęściej w dość pesymistycznym, krytycznym tonie, na które inni podopieczni zakładu, z różnym stopniem zmian starczych w umyśle, po prostu przytakiwali. Jednak głosu zolowej dyktatorki nie da się zapomnieć. Jego dźwięk, w połączeniu ze sposobem wypowiadania się i niesamowitym poczuciem humoru, wywoływał śmiech, choć zapewne przy dłuższym kontakcie mógł być męczący.
-Errrna! Errrna! Uciekamy!!!
-Hę?
-Errrna! Burza?
- Slucham? - przygłucha pani Ernestyna, z lwowskim "el", uśmiecha się, nie czując zagrożenia.
 Po chwili wszyscy zebrani wciąż w żółtych czapeczkach chroniących ich teraz przed deszczem i majową burzą uciekają do budynku. Wyścig bynajmniej nie w tempie sprinterskim, raczej wyglądał tak, jakby relacje z zawodów maratońskich 70+ puścić w zwolnionym tempie. Pełnia zapału i motywacji, by jak najszybciej dotrzeć do celu i kompletny brak współpracy ze strony ciała, które nijak nie da się przekonać, że należy przyspieszyć, by zdążyć.
Pani Ernestyna dopiero na korytarzu zakładu zrozumiała, dlaczego wszyscy tak szybko uciekali. Dopiero w pomieszczeniu, gdy było cicho, co jest swego rodzaju paradoksem, gdyż kiedy tłumaczyłam jej przyczynę ucieczki mój głos nie dorównywał donośnością nawet jednej dziesiątej dźwięku, który wydał ten piorun, więc jakim cudem go nie słyszała? Była naszą głuchą kaczką w tej grupie. 

Jakie mam szczęście, że mogę cieszyć się światem wszystkimi zmysłami! Gdybym miała powiedzieć, który jest dla mnie najmniej istotny... Nie potrafiłabym wybrać. Mogę delektować się muzyką, słońcem rozgrzewającym ciało, pięknym krajobrazem, smakiem ulubionych, włoskich dań, dotykiem, gdy ktoś jest blisko... Dzięki Ci, życie!

środa, 25 lutego 2015

Ktoś prosił o gąbkę?

- Zapalę światło, łatwiej będzie Paniom się rozbudzić.
Pełna zapału, który nieczęsto towarzyszy mi z początkiem tygodnia wpadam do sali, naciskając włącznik. Poniedziałek. Oddział rehabilitacji.
- Piękny dzień wstaje, dzień dobry. Jestem studentką, będziemy dzisiaj opiekować się tą salą.
Zaspane jeszcze oczy zaczynają się otwierać, wpuszczając coraz to więcej światła. Źrenice maleją. W odpowiedzi głucha cisza. Zamiast dźwięku uśmiech na pomarszczonych ustach.
- Czy ma Pani swoje przybory do mycia?
W oczach widzę niezrozumienie mojego pytania. Muszę znaleźć niezbędne przedmioty, by pacjentka mogła wykonać poranną toaletę. Miska - woda - mydło - jest.
- Czy ma Pani swoją gąbkę?
-  Nie, dziecino. Ja nigdy nie miałam gąbki.
Rozglądam się. Jakaś gąbka leży na umywalce.
- A to nie jest przypadkiem Pani gąbka?
- Nie, to na pewno nie jest moja. Ja nie mam gąbki. Nigdy nie miałam żadnej gąbki.
Pierwszy raz na oddziale, pierwszy kontakt z pacjentką, potrzebuję pomocy.
Pomoc jest. Pomoc udziela cennych porad, uświadamia, wskazuje również właściciela zagubionego przedmiotu.
Kilka minut przy pacjentce pozwala mi wysnuć niezbędne wnioski. Zaczynam załapywać. Wiem, że muszę inaczej prowadzić rozmowę. Żadnych rozbudowanych zdań, żadnych trudnych słów, krótki, konkretny przekaz pełen ciepła i serdeczności.
 - Pani Mario, to jest Pani gąbka. Odkładam ją tu, gdzie leżała wcześniej. Proszę popatrzeć.
Nie mam pewności, że pacjentka zapamięta tą informację. Dbam raczej o interakcję. Znowu widzę niezrozumienie. Na pytające spojrzenie, powtarzam raz jeszcze:
- Gąbka. To jest Pani gąbka. Gąbka do mycia. Żółta gąbka. Takiego samego koloru, jak Pani koszulka.
- Aaa... gąbka. Tak, wiem co to jest. Gąbka do mycia. Tak, wiem, co to jest gąbka. Tak, już rozumiem, to moja gąbka. Dobrze, dziecino. Moja żółta gąbka. Do mycia. Dobrze, dziecino.
Biorę głęboki wdech, patrzę na Panią Marię. Tak sobie myślę... Rodzimy się, uczymy, poznajemy nowe rzeczy, przedmioty, poznajemy ich zastosowanie, używamy ich, często całe życie, później zapominamy i znów wracamy do stanu, gdzie musimy się uczyć tego na nowo. Czasem codziennie tego samego, codziennie od początku. Czasem codziennie, już do końca życia, dopóki jest ktoś, kto ciągle ma chęć, by przypominać...
 (...)  
Popołudnie. Pani Maria opowiada mi o swoim życiu. Zdziwiona usytuowaniem chronologicznym pewnych wydarzeń pytam:
- To ile Pani ma lat tak dokładnie, jeżeli oczywiście mogę zapytać.
W pytaniu zawarłam słowo "dokładnie", ponieważ garść informacji uzyskałam o pacjentce od pracujących tam pielęgniarek. Wiedziałam, że dziewięćdziesiąt parę. To dobry wiek. Wiek, który powoduje, że wcale nie liczę na "dokładną" odpowiedź. 
Pani Maria patrzy się na mnie z uśmiechem.
- Oj, dziecino ja to już mam oho ho! Ja to już mam... poczekaj, niech policzę... Ja to już będę miała ze trzydzieści... dwa?
Powstrzymuję wybuch śmiechu. Ograniczam się do uśmiechu, całkowicie rozczulona odpowiedzią. 
- No, no. To sporo. Więc na pewno dużo Pani już przeżyła.
Ja mam prawie dwadzieścia dwa. Za dziesięć lat i ja będę miała "już" trzydzieści dwa, a śmiem wątpić, że zdołam zgromadzić do tego czasu tak wielki bagaż doświadczeń. 
Każda chwila na oddziale, każdy nowo poznany pacjent, uczy mnie o życiu czegoś nowego. Nie zawsze mam siłę na rozmyślanie. Na refleksję. Nie zawsze chce mi się analizować te sytuacje. Ale w głębi serca mam świadomość, że wracam z zajęć bogatsza. Bogatsza o coś, czego nikt nie jest w stanie mi odebrać. Wychodząc wtedy z oddziału, pomyślałam "jest dobrze, dziecino", "łap życie, dziecino". "Łap je w pełni".
"Wykorzystuj w pełni każdą chwilę, bo zanim się obejrzysz minie te "dziesięć" lat i ty również możesz już nie pamiętać, czym jest gąbka"...